Podróż do Zhengzhou #1

Podróż do Zhengzhou #1

Lot z Warszawy do Pekinu trwał 9 godzin. Tata ostrzegał mnie, że jedzenie w samolocie jest słabej jakości, ale muszę przyznać, że jego ilość mnie pozytywnie zaskoczyła; każdy posiłek był kilkudaniowy i „składał się z części polskiej i z części chińskiej” (na przykład miał zarówno polski jogurcik brzoskwiniowy i wieprzowinę z kluskami śląskimi jak i sałatkę z niezidentyfikowanego warzywa, która wyglądała jak pokrojone w poprzek ogóry kiszone, obficie posypane pieprzem i sezamem. Ależ ta sałatka była ohydna! Mocno słona z gorzkim posmakiem).
Już w samolocie zaznałam chińskiej gościnności, bo mężczyzna siedzący obok mnie zaznajomił mnie z niektórymi swoimi zwyczajami i doradził, co warto zwiedzić i o jakiej godzinie (ponieważ niektóre miejsca są zwykle oblegane rano, a niektóre wieczorem). Gdy dolecieliśmy do Pekinu, utworzyła się ogromna kolejka, w której stał każdy, który musiał okazać wizę. Po kilkudziesięciu minutach mogłam już się ustawić w kolejnej kolejce – tym razem do wejścia do pociągu. Lotnisko w Pekinie jest tak ogromne, że aby przenosić się między terminalami, trzeba korzystać z darmowych pociągów i busów.
Po ponownym „zaczekowaniu” się do terminala, rozpoczął się mój okres oczekiwania na następny samolot. 15 godzin (wstępnie było 16, ale godzinę stałam w tych wszystkich kolejkach). W związku z tym, że bałam się zasnąć, bo ktoś mógłby mnie okraść, nudziłam się niemiłosiernie. Porobiłam zatem kilka zdjęć lotniska i zwiedziłam je całe.
Strop lotniska w Pekinie
Panele solarne obok lotniska. Z tyłu... coś, co wyglądało jak wielka skorupa żółwia.
Widok w mojego terminala. Ta "mgła" to sam smog.
Znalazłam mały sklepik spożywczy, w którym były takie przekąski jak suszone wodorosty, PRAWDZIWE zupki chińskie czy suszone owoce w sezamie (wygląda na to, że chińczycy uwielbiają sezam). Oczywiście, robiłam ogromną furorę wśród dzieci, które do mnie podchodziły, gapiły się i odbiegały. Jedna grupka nawet koniecznie chciała sobie zrobić ze mną zdjęcie.
Sympatyczne dzieciaczki. Porozumiewaliśmy się za pomocą google tłumacza.
Dwie godziny przed odlotem znalazłam swój gate i usiadłam na tyle blisko niego, że wiedziałabym, kiedy wsiadać. 45 minut przed odlotem, kiedy miał się zacząć „załadunek” samolotu, wywieszono taką karteczkę:
Cing ciang ciong 7 rano
Nie miałam pojęcia, co tam było napisane, ale na pewno nic dobrego, bo moi współpasażerowie zaczęli jak jeden mąż drzeć się na obsługę. Poprosiłam jakiegoś mężczyznę o przetłumaczenie mi tekstu, ale nie znał angielskiego. Wtedy, chyba z litości, podeszła do mnie dziewczyna w moim wieku mówiąc, że zna dobrze angielski, bo studiuje w USA, i wyjaśniła mi zaistniałą sytuację – lot został odwołany. Następny o 7 rano (za 10 godzin od wtedy). Panika. Poszliśmy tłumnie skontaktować się z odpowiednią obsługą. Nerwy i krzyki, ale w końcu udało się wynegocjować nocleg w hotelu. Skoro wylot był o 7 rano, to musieliśmy mieć zbiórkę z holu o 4:40. Stwierdziłam, że wystrój hotelu nie ma znaczenia, bo olewam wszystko i idę spać do 4 rano, ale to, co zastaliśmy na miejscu, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Zawieźli nas do wielkiego, tradycyjnego hotelu, gdzie były marmurowe podłogi i barierki robione na zamówienie, pokryte nie powtarzającym się wzorem ptaków na gałęziach. Najwyraźniej chcieli nam w ten sposób zadośćuczynić.
Wieczorem dopiszę drugą część, która chyba będzie nieco ciekawsza, bo będzie zawierać chińskie jedzonko.

Zostaw odpowiedź